18
Wyprawa do Meksyku
Dodane przez admin on lipiec 18, 2009Meksyk 2009
Relacja z klubowej wyprawy do Meksyku
Meksyk – to niezły meksyk…
Miał być to zwykły, spokojny wyjazd, trochę nurkowania, drinki z palemką i lenistwo na plaży.
A wyszło jak zwykle – mnóstwo przygód, adrenaliny, wszystko prawie w biegu, i ani grama czasu na nudę.
Zaczęło się właściwie już na starcie. Podróż do Berlina skąd mieliśmy odlecieć do Madrytu o mało nie skończyła się już w Berlinie!
Na kilka kilometrów przed lotniskiem - dzielna berlińska Policja zatrzymała nasz autokar do kontroli. Po kilkunastu minutach ciepłych zapewnień, że to tylko formalność - oświadczyli, iż autokar „das ist der Schrott”. Tu skończyła się uprzejmość i uśmiechy. Na nic się zdały lamenty i błagania. Znaleźli kilka miejsc obfitujących w rdzę oraz mały wyciek oleju z silnika i zdecydowanie skierowali autokar na złom. Nastąpiła pełna zemsta za wszystkie klęski Niemiec od Grunwaldu począwszy. Tylko dzięki pani Joli – Polki - berlińskiej taksówkarki, dotarliśmy wszyscy szczęśliwie i na czas na odprawę bagażową.
I tak bez większych już przeszkód, po 30 godzinach byliśmy na miejscu. Szczęśliwi, choć odrobinę zmęczeni lokowaliśmy się w urokliwym hoteliku, z basenem na dachu, leżącym zaledwie 300 metrów od brzegu oceanu… gdy zaczęły spływać do nas sms-y z kraju z informacją, iż znajdujemy się w centrum pandemii świńskiej grypy!!! Na szczęście wszystkie informacje od rodzin i znajomych były mocno przesadzone i nie przeszkodziły nam (prawie…) w naszych planach nurkowych i turystycznych.
Baza Yucatek Divers okazała się trafem w dziesiątkę. Miła sympatyczna atmosfera, dobrze przygotowane zaplecze zapowiadały super przygodę. Pierwszego nurka zaplanowaliśmy w oceanie. Co prawda stwierdzenie Jean-Yves`a – jednego z naszych przewodników, iż przyjechaliśmy tu dla 5 liter – po czym napisał na kartce papieru słowo CENOT – zbyliśmy milczeniem, a co okazało się jakże bardzo wymowne… Pierwsze nurkowanie w oceanie skończyło się oddaniem hołdu Neptunowi wraz z całym śniadaniem. Co do wrażeń – to jak wszyscy stwierdzili po powrocie z tego nurka – nic nie umywa się do widoków jakie możemy mieć w… Morzu Czerwonym. W oceanie – przynajmniej w strefie przybrzeżnej flory i fauny jest jak na lekarstwo. Do tego bardzo – i to bardzo silny prąd, lekko mętnawa woda ( ok. 15-20 metrów widoczności) i silne falowanie. Dlatego tez zaraz po powrocie z nurkowania wszyscy jak jeden mąż następne nurkowanie w oceanie wymienili na nurkowanie w cenotach. Bo własnie Cenoty to jest TO!! To jest niesamowite przeżycie. Najpierw jedziesz bus-em przez wykarczowany busz. I to busz przez duże B. Metra się nie ujdzie bez porządnej maczety. Dojeżdża się do wielkiej dziury w ziemi porośniętej dookoła piękną zieloną roślinnością. A woda – mmmm… - kryształ. Bardzo trudno jest określić widoczność w poziomie. Bo nie ma tam takiej prostej by ją po prostu sprawdzić. Ale jak znalazło się jakieś 100 metrów prostej to widać było wszystko i ze szczegółami. Piękno tych formacji skalnych obrosło już niejedną legendą. Oglądając wszystkie te stalaktyty i stalagmity, oraz skamieniałe muszle morskie, ciężko było uwierzyć że się jest pod wodą i to kilkanaście – a czasami kilkadziesiąt – kilometrów od wybrzeża. Muszę także wspomnieć o Haloklinie. Niesamowite zjawisko. Na głębokości ok. 10 metrów słodka woda o temp. ok. 24 – 25°C zmienia się na wodę słoną, ( oceaniczną )o temp 28 - 29°C. wpływa się dosłownie w ukrop. Widoczność wodzie słonej jest jeszcze lepsza niż w słodkiej. Podczas mieszania ( płetwami ) tych dwóch warstw wody - powstają niesamowite efekty wizualne. Widoczność spada do praktycznie zera – wszystko jest dosłownie rozmazane, nie można odczytać wskazań komputera przykładając go nawet bezpośrednio do maski. Ale na szczęście wystarczy zanurzyć się lub wynurzyć o kilkadziesiąt centymetrów i znów mamy nieprzeciętną widoczność.
Ale Meksyk to nie wszystko. To jedne wielki wykopalisko Archeologiczne. Kultury Majów, Olmeków i Tolteków pozostawiły po sobie wiele świadectw i śladów ( czasami nawet bardzo krwistych ).
Piramidy, twierdze, ruiny poukrywane w dżungli… – to wszystko jest warte zwiedzania. A przy okazji jest doskonale zorganizowane. Wszystko to dopełnia serdeczność i uczynność mieszkających tam ludzi - no i oczywiście kuchnia… Owszem – pikantna – ale o jakże bogatym wachlarzu smaków. I te steki z meksykańskiej Arrachery… długo pozostaną w naszych kubkach smakowych.
Jasiu Mikliński
